Pierwsze koty za płoty

Od kilku tygodni staram się unikać towarzystwa Ani, bo robi mi się głupio na samą myśl, że miałbym jej tak po prostu spojrzeć w oczy po tym, jak ostatnim razem zrzygałem się na jej widok… Oczywiście nie było to spowodowane jej wyglądem, bo pod tym względem dziewczyna jest ideałem. Chodzi po prostu o to, że kiedy tylko pomyślę, jak bardzo mi na niej zależy, wszystko co znajduje się w moim żołądku robi fikołka, a mną szarpie odruch wymiotny. Może to głupie, ale nigdy nie czułem się w ten sposób w towarzystwie kogokolwiek. To tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że Ania jest moim przeznaczeniem. Muszę tylko jakoś poskromić bestię w postaci moich emocji i rozkochać ją w sobie, zamiast wygłupiać się na każdym kroku, tak jak to było dotychczas.
Z drugiej strony, za każdym razem, kiedy próbuję obmyślić plan, jak to zrealizować, do głowy nie przychodzi mi nic mądrego. Wystarczy, że ją zobaczę – nawet w odległości kilkudziesięciu metrów – zaczynam czuć się jak idiota. Ba! Nie tylko czuć! Ja się po prostu tak zachowuję! A przecież idiotą nie jestem. Szkoda tylko, że nie znam żadnego sposobu, jak miałbym przekonać do tego Anię.

Dzisiaj obudziłem się z myślą, że czas przestać jej unikać jak jakiegoś mitycznego potwora. Przecież w najgorszym wypadku po prostu się zbłaźnię, a co, jak co – do tego Ania powinna już przywyknąć. Wstałem z łóżka, wyszykowałem się i poszedłem na zajęcia w przyszpitalnej szkole. Od razu po wejściu do sali udałem się do ostatniego rzędu ławek, żeby nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi kogolwiek. Zacząłem rozpakowywać swoje rzeczy, kiedy usłyszałem ciche:

- Przepraszam, czy miejsce koło Ciebie jest wolne?

Zdębiałem na sam dźwięk tego głosu. To znowu była Ania. Chyba się jeszcze nie nauczyła, że koło mnie nie należy siadać, gdyż grozi to pawiem.

- Owszem, jest. – Postarałem się odpowiedzieć jak najbardziej obojętnym tonem, co przyniosło raczej średni rezultat. – Natomiast nie wiem, czy to jest dobry pomysł, żebyś zajęła je akurat ty.

- Nie życzysz sobie mojego towarzystwa? W takim razie mogę usiąść gdzieś indziej.

W tym właśnie momencie zacząłem zastanawiać się, kto jest większym kretynem. Ja – odpowiadając w ten sposób – czy też ona – myśląc, że jej towarzystwo mogłoby mi nie odpowiadać.

- Wiesz, nie o to chodzi. Po prostu uważam że tak byłoby dla Ciebie bezpieczniej.

- Ach, mówisz o ostatnim ekscesie? Spokojna głowa. Zabezpieczyłam się na podobną okoliczność. Masz – torebki jednorazowe. Na wypadek, gdybyś znowu miał zwrócić swoje śniadanie na mój widok.

Zacząłem się śmiać, choć wcale nie było mi do śmiechu. Mimo tego, przyjąłem „prezent” i odwróciłem się w stronę nauczyciela, który mówił coś o rzeczach, które w tym momencie przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Teraz liczyło się tylko to, że jakimś cudem Ania chciała siedzieć ze mną w ławce, nie zważając na to, że ostatnim razem nie skończyło się to najlepiej.

Zajęcia minęły mi bardzo szybko. Choć z drugiej strony, jakoś niespecjalnie mnie to zaskakuje. Wiecie dlaczego? Przegadaliśmy z Anią cały ten czas. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a ja zauważyłem, że im mniej się staram, tym naturalniej przebiega nasza rozmowa. Dowiedziałem się, że Ania jest ode mnie o rok młodsza. Choruje na anokresję zdecydowanie dłużej, niż ja. Była już w kilku szpitalach, a każda przygoda kończy się tak samo – wychodzi ze szpitala, ma już być normalnie i za jakiś czas znowu tam trafia – w jeszcze gorszym stanie, niż poprzednim razem. Pomimo tego, jest zwyczajną dziewczyną, która chce po prostu być szczęśliwa. Opowiadała mi o tym, czym się interesuje – niektóre z zainteresowań są nawet podobne do moich – o tym, że chce zostać dziennikarką, że dużo czyta. Już zaczynałem coraz bardziej pogrążać się w marzeniach o niej, jako mojej przyszłej dziewczynie, kiedy z zamyślenia wyrwał mnie Maciek:

- Cześć, jak tam minął dzień?

- Jak to, jak. Siedzieliśmy w tej samej klasie, na tych samych zajęciach. Chyba widziałeś, jak minął mój dzień.

- No, patrzcie! Jeden dzień porozmawiał z Anią i już taki ważny się zrobił, że zapomniał, z kim spędzał całe godziny przed jej pojawieniem się.

- Głupi! Nie zapomniałem, po prostu…

- Co po prostu? Coś się zmieniło?

- Nie wiem, czy coś się zmieniło. Widziałeś, rozmawialiśmy przez cały pobyt w szkole. Wygląda na to, że ta dziewczyna nie ma żadnych wad.

- No i dzisiaj udało Ci się powstrzymać mdłości. – Maciek zaczął suszyć zęby.

- Udało się, to prawda. Dzisiaj w ogóle było jakoś inaczej…

- Inaczej? Co masz na myśli.

- Ona jest taka… hmmm… normalna. Tak, to określenie chyba najlepiej do niej pasuje.

- Oj, chłopaku, nie wiem co się z Tobą dzisiaj stało, ale powinieneś wiedzieć, że nikt, kto wylądował w psychiatryku nie jest normalny.

Zaśmiałem się pod nosem, bo uwaga Maćka była przeze mnie zupełnie nieoczekiwana. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nawet przez chwilę nad tym, że osoba z zewnątrz może naprawdę pomyśleć o mnie jak o czubku. Z drugiej strony, prawda była taka, że leżałem „u czubków”, co automatycznie czyniło mnie jednym z nich.

- Nad czym się znowu tak zastanawiasz?

- Zupełnie nad niczym – skłamałem.

- Nawet nie próbuj kłamać. Widzę, że coś jest na rzeczy.

Maciek był jedną z tych osób, którym zawsze zazdrościłem daru rozpoznawania fałszu. Kogo, jak kogo, ale jego nigdy nikt nie potrafił oszukać.

- Tak się po prostu zastanawiam… Dzisiejszy dzień był naprawdę super. Tylko, czy ona jeszcze będzie miała ochotę spędzić ze mną czas? Wiesz… Ktoś taki jak ona, może przebierać sobie w chłopakach. Myślisz, że będzie się chciała ze mną jeszcze spotkać?

- Jeśli masz jeszcze jakieś wątpliwości, spójrz na korytarz.

Odwróciłem wzrok w stronę korytarza i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zza futryny głowę wystawiała Ania i z szerokim uśmiechem zapytała:

- Przeszkadzam?

- Nie, nie przeszkadzasz. Oczywiście, że nie przeszkadzasz. – spojrzałem na Maćka, a ten tylko wzruszył ramionami i zaczął się szczerzyć.

- To ja już może pójdę. – Maciek zaczął się podnosić z krzesła stojącego przy moim łóżku, a zaraz po tym miejsce na krześle zajęła Ania.

- Dzięki za odwiedziny. Przyjdę później do Twojej sali, okej?

- Nie ma sprawy. Wiesz gdzie mnie szukać.

Kiedy tylko Maciej przekroczył próg mojej sali, z powrotem przeniosłem wzrok na Anię. Patrzyłem na nią jak na cud natury. Choć tym razem, ona wpatrywała się we mnie w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. O ile w ogóle nie był to pierwszy raz, kiedy mi się przyglądała. Trwaliśmy tak przez chwilę, aż zapytała:

- Masz jakieś plany na jutro po szkole?

To pytanie zupełnie mnie rozbawiło. Musicie wiedzieć, że tutaj – w psychiatryku – takie coś, jak plany na jutro w zasadzie nie występuje. Chyba, że planami można nazwać leżenie w łóżku, bądź siedzenie w szpitalnej świetlicy. Mimo tego, postanowiłem odpowiedzieć.

- Nie mam. Łóżko, albo świetlica – to są moje plany.

- Świetnie. W takim razie pójdziemy na spacer.

Zupełnie mnie zamurowało. Miesiącami zastanawiałem się, co mogę zrobić, żeby spędzić z Anią jak najwięcej czasu – najlepiej sam na sam – a dzisiaj to ona stwierdza, że jutro idziemy na spacer. Nawet nie zapytała. Po prostu tak postanowiła, a ja nie śmiałbym w żaden sposób odmówić. Zacząłem się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście w porę doprowadziłem się do porządku. Obiecałem sobie, że przestanę wszystko tak skrupulatnie analizować, bo dotychczas efekty nie były zbyt zadowalające. Natomiast bez obmyślania durnych planów osiągnąłem tyle, że jutro idę na randkę z dziewczyną, o której nie mogę przestać myśleć już od pierwszej chwili, kiedy na nią spojrzałem.

- W takim razie pójdziemy. – uśmiechnąłem się, a Ania puściła mi oczko.

- To teraz leć do Maćka. A my widzimy się jutro.

Oczywiście, że polecę do Maćka – pomyślałem. Przecież muszę mu o tym powiedzieć. Już się nie mogę doczekać, kiedy zobaczę jego minę.

Złe dobrego początki v. 2.0

Siedzimy razem z Anią na kocu. Na trawie w przyszpitalnym parku. Wyprostowane nogi, tułów wsparty na wyprostowanych rękach, patrzymy w błękitne niebo. Nie ma na nim ani jednej chmury. W zasadzie, cała ta chwila wydaje się być nieskazitelna. Rozmawiamy o wszystkim i jesteśmy zdziwieni, jak to się stało, że musieliśmy na siebie czekać tak długo… Beztrosko przebieramy nogami. Nagle pochylam się nad nią i patrząc w jej duże, okrągłe, błękitne oczy, przymierzam się do pocałunku. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Ale moją uwagę odwraca coś innego…

Przeraźliwy hałas – jakby z innego wymiaru. Nagle wszystko pryska jak bańka mydlana, a ja otwieram oczy i patrzę przez szpitalne okno wprost na znajdujące się po drugiej stronie słońce.

- Pieprzony budzik!

- Słucham?! – to głos „piguły”. Jednej z najgorszych pielęgniarek na całym oddziale. Stoi krowa nad moim łóżkiem i tupie tym swoim grubym kopytem. – Mógłbyś to powtórzyć?

- Yyy, niekoniecznie. – odpowiadam i walczę z samym sobą, żeby jak najszybciej zwlec się z tego cholernego łóżka. Zbieram książki do torby, opłukuję twarz zimną wodą i próbuję jakoś okiełznać to, co w ciągu nocy powstało na mojej głowie.

To paradoksalne, ale choćby człowiek stał godzinami przed lusterkiem, nakładał kilogramy żelu do włosów i wylewał na nie litry lakieru do włosów,to nigdy fryzura nie będzie tak trwała, jak po – choćby najkrótszym – spotkaniu z poduszką.

Fryzura nadal nie wygląda najlepiej, ale niestety nie mam czasu na dalsze jej układanie, więc postanawiam zawiązać na głowie bandamkę. Myję zęby i biegnę na śniadanie.

Moje śniadanie od kilku tygodni wygląda tak samo. Nawet nie próbuję nikogo oszukać, że je zjadam. Po prostu, biorę tosta w rękę, bawię się nim wykonując różne szlaczki na talerzu i odkładam go znudzony. Moje myśli są za bardzo pochłonięte Anią. A raczej obmyślaniem planu jak zacząć rozmowę z nią.

To niesamowite, że do tej pory nawiązanie kontaktu z jakąkolwiek dziewczyną nie sprawiało mi problemu. Mogła to być nawet najbardziej superowa z super – lasek w szkole, a ja i tak znajdowałem sposób na to, żeby do niej zagaić.

Jednakże tym razem było zupełnie inaczej. Może dlatego, że każde zdanie, jakie przychodziło mi do głowy było zwyczajnie głupie. Albo dlatego, że po raz pierwszy w życiu czułem, że tym razem bardzo mi na tej znajomości zależy. Niestety, myśl, że nie mogę tego zepsuć, wcale nie ułatwiała mi zadania. Im dłużej nad tym myślałem, tym mniej miałem w sobie odwagi, żeby się na to zdobyć. Postanawiałem sobie wielokrotnie, że przestanę planować i zacznę działać, ale oczywiście gówno z tych postanowień wychodziło.

Czas śniadania – w trakcie którego w efekcie wypiłem tylko jednodniowy sok marchwiowy – dobiegł końca, więc prosto ze stołówki poszliśmy do szkoły. W korytarzu dogonił mnie Maciej, lekko sztuchrnął łokciem i półgębkiem zapytał:

- Zrobisz to dzisiaj?

- „To”, czyli co?

- TO, czyli doskonale wiesz o czym mówię, więc nie udawaj głupiego.

- Ach! TO. Sam już nie wiem.
Popatrzył na mnie jak na wariata i wznosząc wzrok ku niebiosom teatralnie westchnął.

- Lepiej zrób to jak najszybciej, bo całkiem się wykończysz. A przy okazji nam się to czkawką odbije, bo nawet przez sen już o niej gadasz. Musisz pokazać, że masz jaja, albo daj sobie z tym spokój.

Psycholog od siedmiu boleści. To ciekawe, że ludzie są stworzeni do udzielania wspaniałomyślnych rad innym. Szkoda tylko, że kiedy przychodzi co-do-czego i sami znajdują się w podobnej sytuacji, robią zupełnie odwrotnie.

Na szczęście dyskusja kończy się w tym momencie, bo znajdujemy się przed wejściem do klasy. Biorę głęboki wdech, otwieram drzwi i kieruję się wprost do swojej ławki. Jestem tak przejęty, że dopiero kiedy zajmuję swoje miejsce, zauważam, że krzesło obok mnie jest już przez kogoś zajęte… Chwila. To nie żaden „ktoś”! To Ania we własnej osobie! Czuję jak robię się czerwony. Odwracam od niej głowę i staram się jak najszybciej pozbyć głupiego wyrazu twarzy. Ponownie spoglądam z niedowierzaniem w jej stronę i nie mogę uwierzyć, że to prawda. Wyczekuję dźwięku budzika, ale nic takiego się nie dzieje. Nagle Ania przerywa ciszę:

- Cześć! – na jej twarzy pojawia się delikatny uśmiech.

- Eee… Cześć! – nie wierzę! Siedzi obok. Okay! Niech siedzi. Ale ona do mnie mówi! Padnę trupem! Moje motyle znowu dają o sobie znać, a mi robi się niedobrze. Staram się z tym walczyć, ale niestety, jest już za późno, żeby uratować sytuację. Nie zdążyłem się ruszyć, ani tym bardziej nic dodać, kiedy na podłodze pojawił się wielki bełt. Emocje, w połączeniu z motylami i sokiem marchewkowym, spowodowały, że nieoczekiwanie się zrzygałem.

Cała klasa momentalnie wybuchła śmiechem, nauczycielka zbladła, a Ania… Jak gdyby nigdy nic wyjęła dla mnie chusteczkę i zaproponowała, że zaprowadzi mnie do pielęgniarki.

Po drodze do gabinetu zdołałem ją tylko przeprosić za sytuację, która miała miejsce w klasie. Zapewniłem, że to nie wina jej towarzystwa, a raczej soku jednodniowego, który widocznie stał już kilka dni. W odpowiedzi uśmiechnęła się i oznajmiła, że jesteśmy na miejscu, więc wraca do klasy, a mi życzy szybkiego powrotu do zdrowia.

U pielęgniarki dostałem jakieś krople na ból brzucha i zostałem oddelegowany do łóżka, w którym spędziłem resztę dnia z poczuciem, że kompletnie się wygłupiłem, choć z drugiej strony, z przeświadczeniem, że mój dzisiejszy sen, jeszcze się kiedyś spełni…

O pierwszym westchnieniu

Leżę w szpitalu już od jakiegoś czasu i doszedłem do wniosku, że codzienność stała się dla mnie przytłaczająca, a każdy kolejny dzień tutaj wygląda tak samo… Pobudka, śniadanie, szkoła, odrabianie lekcji, czas wolny. Przeżywam „dzień świstaka” za każdym razem, kiedy wstaje słońce. Pociesza mnie fakt,  że mimo tego wszystkiego się nie ugiąłem i nie przytyłem nawet kilograma. Co więcej, udało mi się jeszcze zrzucić dwa kolejne, co niestety nie wzbudza podziwu u pielęgniarki, która dokonuje codzienne pomiary.

Z dzieciakami w szpitalu dogaduję się coraz lepiej. Codziennie „sprzedajemy” sobie kolejne pomysły jak schudnąć. Poza tym, gramy w planszówki i rozmyślamy o tym, jak cudownie byłoby prowadzić „normalne życie” poza murami psychiatryka. Jest to swego rodzaju odskocznią od tego, co w tym miejscu dzieje się tak naprawdę… Wszyscy są przygnębieni, ale nikt nie daje tego po sobie poznać, bo to byłoby swego rodzaju przyznanie się do błędu. A przecież żadne z nas nie popełniło błędu. Po prostu chcemy być szczupli i tyle.

Nasza znajomość nabrała innego wymiaru. Z każdym dniem stajemy się dla siebie coraz lepszymi przyjaciółmi. Rozumiemy się bez słów – wszak wszyscy mamy te same problemy. Nareszcie czuję, że należę do jakiejś społeczności. Wcześniej, zanim trafiłem do szpitala, żyłem sam dla siebie. I tak na dobrą sprawę nie czułem potrzeby posiadania jakichkolwiek znajomych. Dopiero teraz zrozumiałem, że nie potrzebowałem znajomych, bo wcześniej nikt mnie nie rozumiał. Ba! Nawet nie starał się zrozumieć, co tak naprawdę przeżywam i co skrywam gdzieś głęboko, w środku.

Dzisiaj znowu przyszedł czas szkoły. Zebraliśmy się całą paczką i poszliśmy na zajęcia. Zajęliśmy nasze miejsca w ławkach i czekaliśmy na przyjście nauczyciela. Jednak zanim ten się zjawił, do klasy weszła pewna dziewczyna… Nie widziałem jej wcześniej, ale Maciek – który akurat siedział ze mną w ławce – uświadomił mnie, że w szpitalu nie jest ona nowa. Ponoć wraca na oddział co jakiś czas, bo nikt nie widzi u niej poprawy. Rodzice próbują na siłę doszukać się pozytywnych skutków jej terapii, a kiedy już uspokoi ich czujność, wraca do domu, a później – po kilku tygodniach – znowu pojawia się w szpitalu.

Kiedy o niej opowiadał, starałem się udawać, że cała ta historia, jak i jej osoba, są dla mnie obojętne, ale tak naprawdę poczułem jakieś dziwne wibracje, gdzieś w okolicach mojego brzucha. Doznanie było o tyle dziwne, że nigdy wcześniej nie miałem okazji tego przeżyć. To były chyba te słynne „motyle w brzuchu”, o których wcześniej tyle słyszałem.

Dziewczyna usiadła w ławce przede mną. Wiedziałem już, że na lekcji się nie skupię, więc nawet jeśli nauczyciel wejdzie w końcu do sali, może opowiadać o czymkolwiek tylko będzie chciał, ale ani jedno słowo nie dotrze do mojej głowy, bo w niej siedzi już tylko ta dziewczyna. Cerę miała pergaminowo-woskową. Z jednej strony blada, z drugiej zaś idealna. Do tego długie, idealnie proste blond włosy. I zapach… Nie do opisania!

Nagle moje zamyślenie przerwał stukający mnie w ramię Maciej z dziwnym grymasem na twarzy. Nie zdążyłem nic powiedzieć, kiedy zapytał:

-Stary, co jest?

-Nic, bo co ma niby być?

-Nie wmówisz mi, że nic, bo widzę to tępe spojrzenie odkąd do klasy weszła Anka.

Anka… Czyli tak ma na imię to cudowne stworzenie…

-Jakie znowu tępe spojrzenie?! Po prostu, zamyśliłem się i tyle. - Próbowałem zapewnić, że ona nie zrobiła na mnie nawet najmniejszego wrażenia.

W naszą rozmowę wtrąciła się w końcu Monika.

-Młody, Ty lepiej na nią uważaj, bo ona trochę przypomina modliszkę. Nawet nie zdążysz się zorientować, kiedy Anka cię pochłonie.

W zasadzie, pochłonięty przez Ankę byłem już od pierwszego spojrzenia w jej stronę. Nie wiem zupełnie co ta dziewczyna w sobie miała, ale to przykuło moją uwagę na tyle, bym nie mógł się skupić już na niczym innym.

-Monia, ona ma problem ze zjedzeniem kanapki, a Ty myślisz, że ona od razu będzie mnie chciała zjeść całego?

Maciek nie wytrzymał, spojrzał na Monikę i parsknął śmiechem, natomiast ta, usiadła prosto na krześle i już nawet nie próbowała ze mną dyskutować. Byłem przekonany, że teraz już będę miał święty spokój. Jednakże kolega z ławki nie dawał za wygraną.

-Z tą modliszką Monika trochę przesadziła, ale z drugiej strony doskonale ją rozumiem. Powinieneś uważać na Ankę, bo ona może i jest ładna, ale ma w sobie coś, co wywołuje niepokój. Dlatego postaraj się trzymać się od niej z daleka. Im dłużej będziesz się pilnował, tym lepiej.

-Jasne. Przecież nawet nie wiedziałbym jak do niej zagadać.

Maciek wyglądał na uspokojonego, a ja miałem świadomość tego, że po raz pierwszy – odkąd tu trafiłem – musiałem ich okłamać, bo to był jedyny sposób, by dali mi święty spokój. W duchu czułem, że nasze spotkanie i okazja na wymienienie kilku zdań, przydarzy się już niedługo. Musiałem to tylko dobrze rozegrać.

Po tym wszystkim, do sali wszedł nauczyciel. Otworzyliśmy zeszyty i zaczęliśmy omawiać kolejny temat, a ja na ten czas, znowu pogrążyłem się w zamyśleniu. Musiałem zaplanować, kiedy – i w jaki sposób – ma przebiec moje pierwsze spotkanie z Anią…

Nowe miejsce, nowe zwyczaje…

Stało się… Moje odchudzanie się doprowadziło mnie tutaj… Stoję na progu szpitala psychiatrycznego przy ul. Sobieskiego w Warszawie i sam do końca nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Moja mama uznała, że moje odchudzanie się wymknęło się spod kontroli i postanowiła wsadzić mnie do „czubków”. Broniłem się przed tym przez jakiś czas, ale niestety nie udało się jej przekonać, że wszystko jest w porządku. Terapia hormonalna przestała działać i zatrzymałem się na wzroście 162 cm. Natomiast jeśli chodzi o dietę – ta odniosła sukces. Ważę już 40 kilogramów. Mama z babcią zorientowały się, że coś jest nie tak, kiedy codziennie odmawiałem jedzenia. Jem jedno jabłko w ciągu tygodnia, a głód zaspokajam wodą mineralną. To zaczęło budzić podejrzenia. Poza tym, mój komputer został dokładnie przejrzany, a na światło dzienne ujrzała moja internetowa znajomość. Mama po przeczytaniu wszystkich rozmów zdobyła się tylko na jeden komentarz: „To jest chore!” Tylko tyle zdołała powiedzieć, a zaraz po tym ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. Później było już tylko gorzej. Babcia wpadła w szał i zaczęła krzyczeć coś w stylu: „Teraz widzisz co ten internet robi z ludźmi! Mówiłam, że z tego nie będzie nic dobrego!”. Zacząłem się śmiać pod nosem. Kompletnie nie rozumiały, że dopiero teraz czuję się ze sobą dobrze. W końcu przestałem słyszeć te wszystkie wyzwiska pod swoim adresem. Już nikt nie mówił o tym, jaki jestem gruby. Wręcz przeciwnie – wszyscy zachwycali się tym, jak bardzo schudłem.

Tak więc stoję u progu szpitala psychiatrycznego. Lekarz wypisuje wszystkie papiery i woła mnie do siebie na rozmowę. Zaczyna zadawać pytania:

- Co się stało, że postanowiłeś tak schudnąć?

Uznaję to pytanie za bezsensowne, bo przed chwilą miał cały wywiad z moją matką.

- Postanowiłem schudnąć, bo mój lekarz – endokrynolog – zapewniał mnie, że to jedyny sposób, żeby moja kuracja odniosła jakikolwiek rezultat.

- Czy oby na pewno lekarz kazał ci schudnąć aż tyle?

- Lekarz kazał mi schudnąć 25 kilogramów. Schudłem prawie 40, ale przynajmniej nie jestem już gruby. Czy jest w tym coś złego?

- Nie uważasz, że jesteś po prostu za chudy?

„Za chudy”? Co to ma niby znaczyć? Teraz po prostu wyglądam dobrze. Nareszcie pozbyłem się nadwagi i nie ma we mnie ani grama tłuszczu. Wydaje mi się, że właśnie o to chodziło. Żeby pozbyć się całego tłuszczu, który blokował przedostawanie się hormonu do organizmu.

- Nie panie doktorze. Nie sądzę, żebym był za chudy. Jestem szczupły. – Tyle.

- Ile posiłków dziennie zjadasz?

- Dziennie?! Bardziej na miejscu byłoby pytanie ile posiłków zjadam w ciągu tygodnia.

Bardzo szybko określiłem częstotliwość i wielkość przyjmowanych porcji. Lekarz na mnie popatrzył z politowaniem i zapytał, czy zamierzam w dalszym ciągu się odchudzać. Szybko i stanowczo odpowiedziałem, że chudnąć już nie zamierzam. Po prostu chcę utrzymać swoją wagę. Pomruczał coś pod nosem, wpisał moją odpowiedź w papiery, po czym stwierdził, że jednak zostanę przez pewien czas na oddziale.

Byłem wściekły. Nie powiedziałem nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Tak mi się przynajmniej wydawało. Czy jest coś nienormalnego w tym, że człowiek chce utrzymać swoją wagę? Gorzej byłoby, gdybym zdeklarował się nie przerywać swojej diety.

Moje rozmyślania przerwały słowa doktora zwrócone w kierunku mojej mamy.

- Obawiam się, że pani syn faktycznie ma anoreksję. Na wszystkie pytania starał się odpowiadać tak, żeby nie wzbudzać podejrzeń, ale skoro panią również zapewniał, że nie schudnie nawet kilograma poniżej 46, to nie sądzę, żeby zamierzał przestać się odchudzać. Poza tym, jak sam powiedział, przyjmuje 1 – maksymalnie 2 – posiłki w ciągu całego tygodnia. Jego żołądek jest tak skurczony, że nawet gdyby próbował przytyć, wszelkie podjęte próby spełzłyby na niczym. Organizm nie przyjmie już raczej większej ilości, dlatego lepiej, żeby spędził u nas na oddziale jakiś czas, a pod okiem specjalistów wyjdzie z tego. Zachodzi pytanie, czy wyraża pani zgodę na podjęcie terapii. Proszę to przemyśleć, a po podjęciu decyzji, podpisać formularz w tym miejscu. – Po czym wskazał swoim długim paluchem miejsce na dole kartki.

Mama bez wahania podpisała kwestionariusz, a ja tylko czekałem na kaftan. Bo przecież przyjęcie do psychiatryka tak właśnie powinno wyglądać. Podpisanie cyrografu, sprzedanie duszy bezbronnego pacjenta. Później jego krzyk, red alert, wycie syren, czerwone światło migające w korytarzu i szybka interwencja personelu. Pacjent próbujący się wyrwać i wielki finał – związanie niewinnego człowieka w biały fartuch z wiązaniem na plecach. Jak się okazało, takie rzeczy dzieją się tylko na filmach. Cała sytuacja wyglądała trochę mniej drastycznie. Nie miałem nawet chęci wyrażać swojego niezadowolenia w tak ostentacyjny sposób. Po prostu spuściłem głowę, zakląłem pod nosem i oddałem się w ręce przeznaczenia. A moje przeznaczenie było takie, żeby spędzić jakiś czas na oddziale dla anorektyków i bulimików. Mama dała mi torbę z rzeczami, które pakowała w pośpiechu ucałowała mnie w policzek, przeprosiła ze łzami w oczach i kazała udać się za lekarzem w kierunku sali, która na jakiś czas miała stać się moim nowym domem.

Nie przypominam sobie czasów, kiedy moja osoba kiedykolwiek wzbudziła takie zainteresowanie, jak teraz. Po wejściu na salę, zostałem „obskoczony” przez innych pacjentów. Wszyscy pytali o to jak mam na imię, ile mam lat i… ile ważę. Z cierpliwością odpowiedziałem na wszystkie pytania, zastanawiając się w duchu, co tak naprawdę robię wśród nich. Szczerze mówiąc, byłem chyba najgrubszy z całego towarzystwa. Szkoda, że moja mama nie weszła ze mną, żeby zobaczyć ten „obrazek”. Jednakże miałem świadomość tego, że teraz siedzi na ławce przed szpitalem, cała we łzach, bo to było dla niej większe przeżycie niż dla mnie. Ja tak naprawdę już od pierwszej chwili poczułem się tu bardzo dobrze. Nareszcie byłem wśród ludzi, którzy mnie rozumieli.

Następnego dnia do sali wpadła pielęgniarka, żeby pobudzić wszystkich na śniadanie, po których mieliśmy udać się „do szkoły”. Choć trudno to tak nazwać, bo jak się zapewne domyślacie, był to po prostu budynek przyszpitalny, w którym odbywały się zajęcia. Z trudem zwlekłem się z łóżka, po czym ubrałem się, przepłukałem twarz zimną wodą z mydłem, umyłem zęby i ruszyłem z całą załogą w kierunku stołówki. Na stole czekały na nas ciepłe croissanty, szklanka z kakao, pieczywo i wędlina. Na sam widok jedzenia zrobiło mi się niedobrze, bo ostatni raz jadłem wczoraj przed wyjściem do szpitala. Z moich obserwacji wynikało, że nie tylko ja mam odruch wymiotny na samą myśl o tym, że miałbym to zjeść. Nagle podeszła do mnie jakaś dziewczyna, która zapytała, czy może się przysiąść i nie czekając na odpowiedź, zajęła miejsce koło mnie. Szeptem – tak, żeby nikt poza mną nie słyszał – poinstruowała mnie, jak mogę oszukać pielęgniarki, że swoją porcję zjadłem. Odpowiednią ilość posiłku należało poupychać w policzki, tak żeby nie dało się wychwycić faktu, że „chomikuję”, a pieczywo wsadzić do piecyka tak, żeby przypalić wierzch. Później należało zeskrobać węgiel, spróbować go połknąć i z powrotem włożyć pozostałą część do piekarnika. Czynność tę należało powtarzać tak długo, aż cała zawartość talerza zniknie.

Jak się okazało, proces ten trwał około godziny. Po śniadaniu szybko pobiegłem do toalety, żeby opróżnić to, co zostało upchane w buzi. Udało się! Nikt się nie zorientował, że tak naprawdę nie zjadłem ani kawałka, poza węglem, który zeskrobałem z rogala i bułki.

Kiedy w końcu pozbyłem się wszystkiego, przyszedł czas na lekcje w przyszpitalnej szkole. Jak się okazało, na zajęciach byłem jednym z pierwszych, więc szybko zająłem miejsce, które wydało mi się najbardziej odpowiednie – na końcu sali. Chwilę później, pozostali uczestnicy dotarli do sali, a zaraz za nimi dołączyła nauczycielka.

Na początek zajęcia z matematyki. Nigdy nie byłem dobry „w te klocki”, ale jak się okazało, nauka w szpitalu miała trochę inny charakter od tej, w prawdziwej szkole. Zaczęliśmy omawiać tematy, z którymi w szkole zetknąłem się już jakiś czas temu. Dodatkowo, miałem z nich korepetycje, więc tak naprawdę nie musiałem się nawet skupiać, żeby cokolwiek zrozumieć. Nagle drzwi otworzyły się, a do sali weszła „Czarna”. Od razu domyśliłem się, skąd wziął się pomysł na jej ksywkę. Dziewczyna była cała posiniaczona, a jej sińce były kolorze czerni. Jak wytłumaczył mi kolega z ławki, siniaki były efektem tego, że Czarna miała problem z „trafieniem” w światło drzwi. Było to spowodowane jej przesadnym odchudzaniem się, które po pewnym czasie uszkodziło jej błędnik. Widok był przerażający, ale pocieszyłem się, że nie każdy anorektyk tak wygląda, więc miałem świadomość, że to jest jeden ze skrajnych przypadków.

Reszta dnia minęła spokojnie, poza tym, że po powrocie do swoich sal, był czas na dalsze nawiązywanie znajomości. W ten sposób poznałem Maćka, Magdę, Monikę i Marcina. Każdy opowiedział swoją historię z anoreksją. Z ciekawości zapytałem, ile czasu każde z nich spędziło na oddziale, bo chciałem mieć pogląd na to, jak długo będę musiał jeszcze tu tkwić, zanim wrócę do rzeczywistości. Okazało się, że najkrócej siedział Marcin. Siedział w szpitalu już od roku i póki co, nie było widoków na rychły powrót do domu. W tym momencie, wszelkie moje nadzieje, że już za miesiąc – góra 2 – będę ponownie w swoim domu…

O efektach, samopoczuciu i nowej znajomości…

Jest coraz gorzej… Moja kuracja trwa już jakiś czas, a pomimo zwiększenia dawki hormonu po poprzedniej wizycie u endokrynologa, skutki terapii są coraz słabiej zauważalne. Pociesza mnie jedynie fakt, że kolejna wizyta kontrolna wyznaczona jest dopiero za pół roku. Do tego czasu będę sumiennie przyjmował zastrzyki, mając świadomość, że to jest moje ostatnie pół roku. Mam świadomość, że następnym razem spotkam się z lekarzem ostatni raz. A później to już tylko kwestia czasu, kiedy będę musiał stawić się na Kasprzaka, w celu zdania pozostałych ampułek z hormonem. Cały entuzjazm, który towarzyszył mi na początku, uszedł ze mnie tak, jak powietrze uchodzi z przebitego balonu. Codzienne zastrzyki robię od niechcenia. Ból kości i stawów ustał, a ja rosnę coraz mniej. Teraz to już nawet nie jest 2 centymetry w ciągu miesiąca. Na futrynie, na której markerem odznaczaliśmy z mamą skrupulatnie kolejne etapy, linie pokazujące postępy zaczęły się zacierać. Ostatnia kreska jest niewiele ponad 0.5 centymetra od poprzedniej, choć minął ponad miesiąc od ostatniego mierzenia.

Dla odmiany, wskazówka na wadze w dalszym ciągu się cofa. Schudłem kolejne 15 kilogramów. Wszyscy mówią, że jestem chudy, choć coś w środku nadal mówi mi, że powinienem kontynuować swoją dietę. Zawsze byłem gruby, a dopiero teraz widzę, jak wielka była moja nadwaga. Czuję, że jeszcze odrobinę powinienem zrzucić. Fakt, ważę już 55 kilogramów, co przy wzroście wynoszącym 161.5 centymetra jest całkiem niezłym wynikiem. Ale założyłem sobie, że zjadę poniżej 50 kilogramów… Moja mama zaczęła prosić, żebym już się uspokoił z odchudzaniem, bo według niej, to przestaje już być zdrowe podejście, a zaczyna przeradzać się w jakąś manię. Obiecałem, że po osiągnięciu 46 kilogramów, zaprzestanę swoich działań i będę już tylko utrzymywał swoją wagę, zamiast ją gubić, ale chyba nie do końca jest przekonana o moich zapewnieniach. Żołądek jest tak skurczony, że spokojnie mogę nie jeść nawet przez 2-3 dni, co dla moich kolegów i koleżanek wydaje się być czymś nieprawdopodobnym. Tym bardziej, że sami wiedzą, jak było wcześniej – 5 posiłków, podjadanie pomiędzy nimi, a do tego niezliczone pokłady słodyczy, które pochłaniałem. Tym sposobem, z pięciu posiłków robiło się około ośmiu. Trudno się zatem dziwić temu, jak wyglądałem, zanim postanowiłem poprawić swój wygląd.

Ze swoją wagą czuję się na tyle dobrze, że coraz rzadziej czytam, a coraz częściej jestem na dworze. Odkąd ludzie zaczęli zwracać na mnie uwagę, chętniej nawiązuję nowe kontakty. Słuchanie komplementów sprawia mi ogromną radość, bo przez poprzednie 13 lat raczej mi się to nie zdarzało. Wcześniej była tylko mowa o tym, jaki jestem niski, jaki jestem gruby i jak bardzo się pocę. Teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że utrata wagi może poprawiać samopoczucie w takim stopniu. Jedynie moja babcia ubolewa nad tym, jaki szczupły się zrobiłem. W dalszym ciągu próbuje mnie „dożywić” swoimi obiadami, ale nawet kiedy skuszę się na jej popisowe kotlety, kończy się na tym, że pogrzebię w widelcem w talerzu, zjadając maksymalnie jednego, ze świadomością, że nie mogę sobie pozwolić na to, żeby znowu przytyć. Zdaję sobie sprawę, że może brzmi to trochę obsesyjnie, ale mimo wszystko, cały czas zachowuję zdrowy rozsądek i jestem w stanie to kontrolować. Szczerze mówiąc, coraz częstsze słuchanie o anoreksji doprowadza mnie do szału. Każdy się mądrzy, nie mając chyba tak naprawdę pojęcia, czym ona dokładnie jest! Przecież ja nawet nie wyglądam jak anorektyk… To prawda, schudłem, a różnica wagi jest znacząca, ale przecież utrzymuję się w normie. Nie wyglądam tak jak oni – chodzące szkielety, które doskonale mogłyby posłużyć jako model na zajęciach z biologii. Szkoda tylko, że poza mną, wszyscy zdają się tego nie dostrzegać.

Dodatkową motywacją, jeśli chodzi o moje odchudzanie się, jest nowa znajomość, którą nawiązałem z pewną dziewczyną, na jednym z portali społecznościowych. Codziennie po szkole loguję się na grono.net i wymieniamy swoje poglądy na temat ludzi, którzy mówią o tym, jak bardzo szczupli jesteśmy. Poznaliśmy się przypadkiem. Ona zaczęła umieszczać coraz więcej porad jak można schudnąć, a ja coraz więcej komentarzy udzielałem pod jej wpisami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że zaczniemy wspólnie wymieniać się różnymi sposobami na to, jak stracić na wadze kolejne kilogramy i tym sposobem, nasza relacja zaczęła nabierać kolorów. Na dzień dzisiejszy, nie wyobrażam sobie, żeby miał nie spędzić któregoś wieczoru pisząc z nią na gadu-gadu. Ta dziewczyna sprawia wrażenie, jakby tylko ona mnie rozumiała. Ostrzegała mnie, że w moim otoczeniu będzie kilka osób, które nie będą patrzeć przychylnie na moje postępy w stosowaniu kolejnych diet. Dopiero teraz przekonałem się, że miała rację, bo nawet moja mama, która na początku mnie wspierała, zaczęła odwodzić mnie od mojego pomysłu z podejmowaniem prób utraty kolejnych kilogramów…

Postęp i jego brak…

Jestem załamany. Od wizyty kontrolnej minął już miesiąc, a ja od tamtej pory urosłem ok. 2 centymetrów. Mimo zwiększonej dawki, kuracja przestaje przynosić efekt. Oczywistym jest dla mnie, że jeśli pójdę na kolejną wizytę, pani doktor będzie wnioskować przed komisją o odebranie leku, bo są inne dzieciaki, którym to może się bardziej przydać… Wszak już ostatnio mówiła, że mój wynik nie jest zadowalający. Cały czas miałem nadzieję, że się to zmieni, a zwiększenie dawki przyniesie oczekiwany rezultat. Jednak, po raz kolejny się zawiodłem.

Pocieszenie odnajduję w diecie. Być może stres związany z brakiem efektów terapii hormonalnej tak dobrze wpływa na utratę wagi, ale szczerze mówiąc ostatnio już całkowicie straciłem apetyt. Zacząłem jeść średnio raz na 2 dni. I tym sposobem, nie potrzebuję już regularnego przyjmowania posiłków, bo na samą myśl, o jakimkolwiek jedzeniu, robi mi się po prostu niedobrze… Odkąd zacząłem dietę, schudłem już 27 kg. W ciągu dwóch miesięcy! Wydaje się to niewiarygodne, ale patrząc na mnie, jestem niesamowitym przykładem na to, że przy odrobinie chęci, człowiek jest w stanie dokonać niemożliwego. Zauważyłem nawet, że im więcej chudnę, tym bardziej dostrzegam jaki byłem gruby. W zasadzie nadal jestem. Dlatego nie zamierzam przerywać swojego odchudzania się. Będę to ciągnął tak długo, aż sam nie stwierdzę, że mój wygląd jest satysfakcjonujący.  Żołądek mam już tak skurczony, że coraz rzadziej dopomina się o jedzenie, więc teraz będzie już tylko łatwiej. A w razie głodu, będę po prostu pił mineralną.

Kiedyś, w telewizji, oglądałem program o anorektykach. Oni mieli wiele różnych sposobów na odchudzanie się, i choć nadal wydaje mi się nienormalne, jak można doprowadzić się do takiego stanu, to mimo wszystko, ich porady wydawały się sensowne, a co najważniejsze – skuteczne! Dlatego w najbliższym czasie zamierzam, chociaż niewielką część z nich, wypróbować na sobie. Moja mama coraz częściej narzeka. Mówi, że dalsza dieta jest zbędna, bo już przecież wyglądam dobrze, a po nadwadze, którą miałem jeszcze nie tak dawno, nie ma najmniejszego śladu. Szkoda tylko, że nie widzi tego, iż nadal nie czuję się najlepiej z samym sobą. Teraz, kiedy widzę jaki byłem gruby, czuję potrzebę dalszej utraty wagi. Im będę chudszy, tym szczęśliwszy.

Po tym jak urosłem i schudłem, coraz więcej ludzi na ulicy zwraca na mnie uwagę. Kiedyś nawet słyszałem, jak na ulicy rozmawiały dwie moje sąsiadki.

- Widziałaś wnuka tej spod 58? Taka z niego kulka była, a teraz facet jak się patrzy. Ciekawe jak oni to zrobili, że chłopak tak nagle wychudł. Dałabym sobie rękę uciąć, że miał jakąś operację, ale poza tym, że wyszczuplał, to jeszcze jakiś taki wyższy się wydaje.

- Tak – wie pani… Matka jeździła z nim po różnych szpitalach, odwiedzała wielu specjalistów i zaczęli go faszerować sterydami, żeby tylko trochę urósł.

Nagle wtrąciła się trzecia:

- Nie sterydami, a hormonami. Chociaż ja już sama nie wiem, co gorsze. Przecież tyle się słyszy jak eksperymentują na ludziach, Matki natury człowiek nie oszuka. Jeszcze mu się czkawką odbije przyjmowanie tej trucizny.

Po tej wymianie zdań spostrzegły, że od jakiegoś czasu przysłuchuję się rozmowie, więc zmieniły wątek. Wymieniły poglądy na temat córki sąsiadki z naprzeciwka, jej chłopaka, później przeszły na temat sąsiadów z bloku obok, wymieniły się pomysłami na popołudniowy obiad i rozeszły się jak gdyby nigdy nic.

Po tym, co usłyszałem, stałem oniemiały jeszcze przez jakiś czas. Słyszałem nie raz, jak te kobiety – niekiedy w liczniejszym gronie – opowiadają sobie najświeższe wiadomości na temat sąsiadów oraz wymieniają poglądy w kwestii przypadkowych ludzi na ulicy, ale chyba pierwszy raz to, w jaki sposób mówiły o mnie, nie było dla mnie przykre. Wręcz przeciwnie! Poczułem się świetnie ze świadomością, że zmiany, które zaszły w moim życiu, są tak wdzięcznym tematem do rozmów, że nawet obcy ludzie prowadzą na ten temat dialogi.  To tym bardziej zachęciło mnie do tego, aby wbrew temu, co mówi mama, odchudzać się dalej. Zwłaszcza, że dzisiaj pierwszy raz słyszałem, żeby ktokolwiek nazwał mnie „facetem”…

Wizyta kontrolna i ogromne zaskoczenie

Nareszcie! Zarówno przyjmowanie hormonu, jak i moje odchudzanie zaczęło przynosić efekt… Od ostatniej wizyty u pani doktor jestem wyższy o 15 centymetrów i chudszy o 17 kilogramów. Czuję się coraz lepiej. I choć nie widać  już mojej ogromnej nadwagi, a wszyscy zaczęli chwalić, jak dobrze wyglądam, to mimo wszystko, czuję, że to dopiero początek. Im więcej tracę na wadze, tym bardziej podobam się samemu sobie. A to jest dla mnie najważniejsze.

Ludzie dookoła nie mogą się nadziwić, że jestem aż tak zawzięty. Moja mama ostatnio przyznała, że nie wierzyła w to, że zbiorę się w sobie, żeby schudnąć. W zasadzie, nie jest to wcale zaskakujące. Odkąd pamiętam, moim atrybutem był talerz pełnego jedzenia. I może by tak pozostało do dzisiaj, gdyby nie fakt, że bardziej, niż na jedzeniu, zależy mi na tym, żeby terapia odniosła sukces. Jak widać, cel uświęca środki! Zyskałem podwójnie, rosnąc w oczach i tracąc na wadze. Mój żołądek skurczył się na tyle, że coraz rzadziej odczuwam głód. Jedzenie przestało sprawiać mi przyjemność, a stało się po prostu koniecznością. Jem, żeby przeżyć – ani więcej, ani mniej. Swoją drogą, już jutro czeka mnie wizyta kontrolna. Ciekawe, co pani doktor powie, kiedy mnie zobaczy. Podejrzewam, że sama będzie zaskoczona. Widziałem to jej niedowierzanie, kiedy przekonywałem ją, że dam z siebie wszystko, żeby schudnąć. Mimo tego, na chwilę obecną nie zamierzam zaprzątać sobie tym głowy, choć odczuwam swego rodzaju ekscytację przed tym spotkaniem. Bo choć nadwagi jeszcze nie pozbyłem się całkowicie, to 8 kilogramów, które pozostały mi do zrzucenia wydają się niczym, w porównaniu do nadwagi sprzed niewiele ponad miesiąca. Szczerze mówiąc, gdyby nie patrzeć na liczby, nie wiem, czy ktokolwiek zorientowałby się, że w dalszym ciągu jest mnie za dużo…

Z samego rana mama wpadła do pokoju i budząc mnie przypomniała o dzisiejszej wizycie. Z ledwością zwlekłem się z łóżka. Dzisiejszej nocy znowu miałem problem z zaśnięciem. Nie wiem dlaczego, ale świadomość kolejnego spotkania z endokrynologiem, budziła we mnie niepokój.

Po godzinie byliśmy już w drodze do IMiD. Mama wyczuła, że coś jest nie w porządku. Próbowała ustalić, co się dzieje, że jadę tam pełen obaw, z grymasem na twarzy, ale w odpowiedzi usłyszała – bez przekonania – moje zapewnienia, że to nic wielkiego. Chyba zorientowała się, że dalsza rozmowa na ten temat nie ma większego sensu, bo szybko odpuściła. Dalszą podróż spędziliśmy w ciszy.

W kolejce u lekarza spędziliśmy kolejne 4 godziny. Były to chyba najdłuższe 4 godziny w moim życiu. Chciałem jak najszybciej dowiedzieć się, co pani doktor myśli o moich postępach. Zdawałem sobie sprawę, że to jej zdanie jest najważniejsze, bo to od niej zależało, jak długo terapia hormonalna będzie kontynuowana. Po długim oczekiwaniu nareszcie przyszła kolej na mnie. Weszliśmy do gabinetu i już od pierwszej chwili na twarzy lekarki można było dostrzec szok i niedowierzanie. Popatrzyła na mnie i niemalże przecierając oczy ze zdumienia, zapytała:

- Jak to się stało, że tak bardzo schudłeś? Ostatni raz widzieliśmy się niecałe półtora miesiąca temu i wyglądałeś zupełnie inaczej.

- Wystarczyło mnie postraszyć, że jeśli nie wezmę się w garść i nie zrobię czegoś ze sobą, codzienne zastrzyki nie przyniosą efektu. – odpowiedziałem.

To chyba wystarczyło, bo zamiast zadawać kolejne pytania, pani doktor kazała mi się rozebrać i przystąpiła do pomiarów. Widać było, że nie wierzy w wyniki, ale było coś, co wywoływało zaniepokojenie. Po chwili wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. O ile utrata wagi mogła zadowalać, to mój wzrost w dalszym ciągu budził pewne zastrzeżenia.

- Nie mam pojęcia jak ci się to udało, ale naprawdę schudłeś. Muszę przyznać, że po ostatnim spotkaniu nie wierzyłam, że będziesz gotów na takie poświęcenie, a mimo wszystko jesteś szczupły. Gratuluję! -Poczułem się połechtany. Po raz kolejny udowodniłem sobie i innym, że jak chcę to potrafię. – Z drugiej strony, urosłeś trochę za mało. Przyjmujesz hormon codziennie, według moich zaleceń?

- Oczywiście pani doktor! Przecież na niczym mi tak nie zależy, jak na tym, żeby urosnąć. Gdyby było inaczej, czy myśli pani, że tak bardzo bym się poświęcał, żeby przejść na dietę? Poza tym, naprawdę pani uważa, że za mało urosłem? Przecież, od ostatniej wizyty, jestem wyższy już o 15 centymetrów!

Lekarka pokręciła głową.

- W pierwszych tygodniach terapii, pacjenci rosną nawet do 30 centymetrów. U ciebie ten efekt jest o wiele mniejszy. Być może dawka, która została ustawiona, w tym przypadku jest po prostu za mała? Dlatego od dzisiaj będziesz przyjmował dwa razy więcej hormonu. Miejmy nadzieję, że jeszcze nie jest dla ciebie za późno.

Oczy urosły mi do rozmiaru pięciozłotówek. Podwójna dawka?! Czy to oznacza, że od dzisiaj mam się kłuć 2 razy dziennie?

Na szczęście skończyło się na tym, że zastrzyki mam przyjmować codziennie ze zdwojoną siłą, ale w dalszym ciągu jeden raz w ciągu dnia. Najlepiej wieczorem, z uwagi na to, że w nocy, hormon wzrostu jest o wiele lepiej przyswajalny, co jest bezpośrednio związane z większą aktywnością przysadki mózgowej, która jest odpowiedzialna za jego wydzielanie.

Mimo wszystko, to mnie nie uspokoiło. Od dzisiaj, przestałem z takim entuzjazmem podchodzić do tego, jakie efekty przynosi kuracja, gdyż jak się okazuje, tylko ja jestem nimi usatysfakcjonowany. Z drugiej strony, zupełnie nie rozumiem, jak mógłbym urosnąć w ciągu miesiąca 30 centymetrów. Po piętnastu – ból kości i stawów jest nie do zniesienia, a co dopiero mówić o trzydziestu?!

Zdałem sobie sprawę, że niedługo to, na co tak długo czekałem, może się skończyć. Jeśli komisja lekarska uzna, że wynik nie jest zadowalający, odbiorą mi prawo, do przyjmowania kolejnych porcji leku, a moje marzenie o byciu wysokim już nigdy się nie ziści. Pocieszał mnie jedynie fakt, że przynajmniej moje dalsze odchudzanie nie potrzebuje żadnego wspomagacza. Bo to jest uzależnione tylko i wyłącznie ode mnie. Dalsza utrata wagi, była na dzień dzisiejszy jedyną rzeczą, która wywoływała na mojej twarzy uśmiech, bo mimo tego, że odebraliśmy z mamą kolejne ampułki wypełnione hormonem, miałem świadomość, że to raczej nie potrwa długo…

Kilka słów o pomyśle, o powstaniu, o NIM…

Pomysł na bloga dojrzewał we mnie przez dłuższy czas. Pewnego zimowego wieczoru, siedząc w jednej z warszawskich kawiarni, popijając jedną z ulubionych kaw, zagryzając ciastem marchewkowym, w mojej głowie pojawił się natłok myśli, których chciałem się jak najszybciej „pozbyć”. Wyciągnąłem zeszyt i zacząłem skrupulatnie przelewać wszystko na papier. Tak powstał pierwszy rozdział czegoś, co po dłuższym czasie miało stać się tematem na bloga – a może nawet na książkę ;-)

Po kilku godzinach pisania i dopijania kolejnej filiżanki kawy, postanowiłem schować zeszyt do torby, udając się na spacer po mieście, kompletnie zapominając o tym, jak spędziłem 6 godzin w kawiarni.

Kilka dni później natknąłem się na moją pracę sprzed kilku dni. Po ponownym przeczytaniu, usiadłem i zacząłem dopisywać dalszy ciąg historii. Wtedy już wiedziałem, że powstanie z tego coś, czego tym razem nie będę trzymał tylko dla siebie. Postanowiłem stworzyć bohatera, który zupełnie tak jak ja – swego czasu – choć próbuje zrozumieć życie, jest zagubiony i szuka właściwej drogi w przyszłość. Tak powstał ON – on nie ma imienia. Jest po prostu – NIM – kolejnym chłopakiem w Warszawie, który ma znajomych, przyjaciół i wrogów. Dlaczego nie ma imienia? Po prostu go nie potrzebuje. Tak, czy inaczej, może istnieć. Nie trzeba go określać, żeby był i przeżywał to, co przeżywa wielu z nas.

Po opisaniu kilku historii, pochwaliłem się materiałem znajomym. Od razu spotkałem się zarówno z pozytywnymi, jak i negatywnymi komentarzami na jego temat. Jednakże, odzew był naprawdę ogromny – szczerze mówiąc, sam się nie spodziewałem jego skali. Od tamtej chwili kiełkował we mnie pomysł opublikowania tej historii na blogu.

Po 7 miesiącach dojrzałem do tej decyzji. Tak powstał „Niesamowity i prawdziwy”*. Historia, która zawiera przeżycia, historie i sytuacje, które zostały zaobserwowane w otaczającym mnie świecie, połączone w jedną, spójną, całość. Jest to materiał na książkę, która jeszcze nie została wydana – i pewnie nigdy nie będzie. Mimo tego,  chłopak, którego możecie poznać dzięki niej, naprawdę chciałby w końcu wyjść z szuflady, tylko nie wiadomo, na ile będzie to możliwe. To w Waszych rękach tkwi jego los. I proszę, bądźcie dla niego wyrozumiali, bo to dopiero jego początek. Kiedy już się ośmieli – sami zobaczycie, że to naprawdę miły i sympatyczny człowiek :)

 

 

*”Niewiarygodny i prawdziwy” to tytuł roboczy. Bo nieistotne jest to, jak nazwiemy zbiór tych opowieści – najważniejsze jest to, że wreszcie ujrzą światło dzienne.

Kim tak naprawdę jestem?

Mam 24 lata. Jestem zwyczajnym chłopakiem, któremu od urodzenia przyszło żyć w wielkim mieście. W mieście, w którym bycie anonimowym momentami zdaje się być tylko pozorne.

Nie wyróżniam się z tłumu, choć mimo tego, pozostaję wyjątkowym.

Na co dzień pracuję w korporacji. Oprócz tego śpiewam. I uczę angielskiego. I tłumaczę. W zasadzie – robię wiele rzeczy na raz, jednocześnie wiele jeszcze nie potrafiąc.

Reklamy samego siebie na tym blogu nie przewiduję. Bo ze mną tak już jest… Że nawet kiedy powinienem, to nie w głowie mi „sprzedawanie się”. Wychodzę z założenia, że albo mnie kochasz, albo nienawidzisz. Nie należę do tych ludzi, którzy potrafią pozostawać innym obojętni  ;-)

Jestem przekonany, że jeśli poświęcisz mi choć trochę uwagi – w przyszłości to zaprocentuje. Dlatego zapraszam do poznawania mnie. Może być ciekawie :)

U progu piekła

To już 3 tygodnie. Muszę przyznać, że zaczynam być zadowolony z efektów, jakie przynosi terapia. Co prawda, po słowach pani doktor, spodziewałbym się  reakcji mojego organizmu na hormon trochę wcześniej, ale skoro już zaczyna działać, to nie mogę narzekać… Z drugiej strony, może to i lepiej, że nie zaczęło się to od razu. Wszystko mnie boli. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale w nocy – w ciągu ostatnich kilku dni – budzę się z przeszywającym, na wskroś, bólem. Boli mnie dosłownie wszystko i tym razem nie chodzi o same ślady po wkłuciach. O nie! Ból i siniaki, o których wspominałem wcześniej, to naprawdę nic wielkiego, w porównaniu do tego, co czuję w tym momencie. Boli mnie kręgosłup, ręce, nogi – zwłaszcza kolana. Jednak trudno się temu dziwić. Wszak nie znam osoby, która w ciągu jednego miesiąca urosłaby 10 centymetrów. Tak – 10 centymetrów. To jest ten moment, na który czekałem tyle czasu. Swoją drogą, to naprawdę fascynujące, że przez 2 lata nie urosłem nawet 1 milimetra, a teraz moja skóra nie nadąża się rozciągać, a kość wydłużać. I może byłbym z tego wszystkiego zadowolony, gdyby nie fakt, że ten ból jest nie-do-wytrzymania. Codziennie, żeby go uśmierzyć, pochłaniam niezliczoną ilość tabletek przeciwbólowych. Wszystko tylko po to, żebym mógł zasnąć choć na chwilę. Nie mówię o spaniu przez całą noc, bo to jest wręcz niemożliwe. Ale chociaż 2-3 godziny porządnego snu, w którym choć chwilę mógłbym odpocząć. Cały czas liczę na to, że to jest tylko przejściowy stan i w pewnym momencie, moje przybieranie wzrostu się unormuje. Pocieszam się – zgodnie z tym, co powiedział mi lekarz – że ten ból będzie mi towarzyszył w pierwszych dwóch miesiącach, a później wszystko będzie jak dawniej. Nie mogę się doczekać tego momentu, choć zdaję sobie sprawę, że teraz już nic nie będzie „jak dawniej”.

W ciągu ostatniego czasu schudłem już 9 kilogramów. A to oznacza, że moja nadwaga stopniowo się zmniejsza. Pamiętam, jak cieszyłem się z tego, że straciłem 0.5 kilo. Teraz jest to dla mnie śmieszne. Jak można się z tego cieszyć? 9 kilogramów w ciągu dwóch tygodni – to jest dopiero coś! Teraz już wiem, co mieli na myśli moi znajomi i rodzina, mówiąc o tym, że powinienem się wziąć za siebie. Muszę przyznać, że dopiero teraz zaczynam się czuć dobrze z własną osobą. Wcześniej za bardzo siebie nie lubiłem za to, że jestem taki gruby, ale żyłem w przekonaniu, że z tym już nic nie da się zrobić. Dla odmiany, teraz, kiedy już wiem, że przy odrobinie chęci i wysiłku, wcale nie muszę wyglądać tak, jak wcześniej – robię wszystko, żeby stracić kolejne kilogramy. Na początku zrezygnowałem ze słodyczy, później ograniczyłem swoje porcje, a teraz? Teraz postanowiłem zrezygnować z części posiłków, które spożywałem. W zasadzie, poza śniadaniem i obiadem, inne pory jedzenia zupełnie dla mnie nie istnieją. Choć z tym śniadaniem, to naprawdę różnie bywa, bo ostatnio coraz rzadziej o nim pamiętam. Wszyscy ludzie z mojego otoczenia są w szoku. Każdy zastanawia się, co ja zrobiłem, że tak szybko straciłem na wadze. I choć na początku próbowałem tłumaczyć, to szybko spostrzegłem, że nie ma to najmniejszego sensu, bo wbrew moim zapewnieniom pojawiały się różne spekulacje. Był nawet pomysł, że po cichu zrobiłem jakąś operację zmniejszenia żołądka. Z ludźmi tak właśnie jest – zamiast wierzyć w prawdę, wolą wierzyć w coś spektakularnego. W swoją prawdę, która zdaje się niesamowita i ciekawa. Bo przecież zwykłe odchudzanie się jakąś dietą, którą może podjąć każdy jest po prostu zwyczajne i nudne. Ale jeśli powiemy o utracie wagi poprzez operację, czy zabieg – to zaczyna być interesujące. Zaraz padają pytania: „A skąd oni wzięli na to pieniądze?”, „Ciekawe, czy teraz nie ma  żadnych powikłań?”, „Kiedy on leżał w tym szpitalu?”… Ludzie tak już są stworzeni. Nie interesuje ich czubek własnego nosa, bo nikt nie chce być nazwany egoistą. Lepiej zainteresować się życiem drugiej osoby. A jeszcze lepiej, jak te zainteresowania można z kimś dzielić – np. z koleżanką na ławce pod blokiem. – To jest również ciekawa sprawa.

Ostatnio zaczepiła mnie sąsiadka – starsza pani, która zna mnie niemalże od kołyski – z pytaniem, jak bardzo poważna jest moja choroba. Nie do końca ją zrozumiałem, dlatego szybko dodała:

- Wiesz, tak bardzo schudłeś, że na pewno musisz być na coś chory. A oprócz tego, te siniaki. I te ślady po igle. Nie wmówisz mi, że z Tobą jest wszystko w porządku.

Zamurowało mnie. Jak ona może tak mówić? Przecież ta kobieta nie ma bladego pojęcia, co tak naprawdę przeżywam. Nie wie, że wszystko jest okupowane moimi ciężkimi staraniami, żeby zgubić kolejny kilogram. Według niej, jestem po prostu chory. Na szczęście, w pogotowiu była Magda – koleżanka, z którą mieszkaliśmy w jednym bloku.

- A pani? Na co pani choruje? Bo ja nie mam pojęcia, ale to musi być jakaś naprawdę straszna odmiana choroby, że człowiek nie ma swojego życia prywatnego, dlatego musi interesować się innymi. A przy tym taka tusza. To już chyba lepiej wyglądać jak on, ale być szczupłym?

Po tych słowach puściła do mnie oczko, a ja zacząłem się śmiać. Gdybyście widzieli minę tej kobiety. Zrobiła się czerwona jak burak. Poza tym, jestem przekonany, że przez chwilę zabrakło jej powietrza, bo po kilku głębszych oddechach rzuciła na odchodne coś o współczesnej młodzieży i poszła jak zmyta.

- Dzięki za pomoc z tym babskiem.

- Drobiazg, musisz się przyzwyczaić, że na osiedlu będziesz teraz tematem numer 1. Wcześniej mały i gruby, a teraz wysoki, szczupły i przystojny. – po tych słowach oboje wybuchliśmy śmiechem.

Fakt, ostatnio urosłem, ale żeby nazwać mnie wysokim? To mogła zrobić tylko Magda. To samo dotyczy bycia szczupłym.

- Poza tym, musisz uważać, bo jak będziesz nam dalej tak chudł, to w końcu wpadniesz nam w jakąś anoreksję.

- Jak zwykle przesadzasz.

Powiedziałem to z pełnym przekonaniem. Bo jak, człowiek, który przez tak długi czas miał 25 kilogramów nadwagi, może nagle wpaść w anoreksję? Wydawało mi się to nieprawdopodobne…